Poniedziałek, 21 Maj 2012-Wiktora i Tymoteusza
TwójRynek Zielona Góra

Twój Rynek 9/2008

Małe jest piękne… na małą skalę
Twój Rynek 9/2008Agnieszka Stawiarska Komentarze0 komentarzy
Nasze miasto zrobiło się podobne do Poznania – zauważył podczas zakupów młodszy syn. Osłupiałam jak tylko da się dyskretnie. Potem zaczęłam kombinować. Skąd u małego (o rany, obrazi się) te skojarzenia. Z większych miast stolicę Wielkopolski zna najlepiej. Przyszła mu do głowy po godzinnych zakupach. Tłum, tłok, problem z jazdą autem, trochę sklepów przywołało wspomnienie dużego miasta.
- Eee, do Poznania nam daleko – wypuściłam z siebie trochę pesymizmu. – A będziemy tacy duzi jak Poznań? – drążył syn. – Już nie – zawyrokowałam. Chociaż gdyby spełniły się prognozy planistów z końca lat 60., to do pracy dojeżdżalibyśmy może nawet 30 minut?

Od sklepu do sklepu

Wieczorem patrzyłam spod Palmiarni na zmieniającego się z dnia na dzień Focusa (a piszę to na początku sierpnia, teraz pewnie trwają tam ostatnie szlify). Zaczęłam liczyć: Auchan, Tesco, Carrefour, kilka Intermarche, Castorama, Makro (bo tylko na niby jest hurtownią), Billa, Piotry i Pawły, puchnące galerie przy marketach, wciąż nowe pomysły i dążenia, aby powstały kolejne metry kwadratowe na handel. Dużo, naprawdę dużo jak na Zieloną Górę. Nie biadolę, czy to dobrze, czy nie, bo wciąż jako klient z trudnością robię niektóre zakupy w naszym mieście. Skoro sieci handlowe znajdują dla siebie jeszcze kawałek zielonogórskiej ziemi i klienta, któremu można przetrzepać kieszeń, niech robią swoje. Fakt, że markety zmieniły nasz drobny handel. Utrzymał się, a raczej próbuje wytrwać ten, który zaspokaja nasze potrzeby wykraczające poza możliwości wielkich sklepów. Dobrze się mają małe osiedlowe spożywczaki, do których dojdą mieszkańcy po codzienne drobiazgi lub starsi, samotni ludzie, którzy kupują codziennie, ale małe porcje. Przez ostatnie lata wyrosło nam też sporo sklepików z mięsem i pieczywem, najczęściej piekarze i producenci otwierają pod swoim szyldem punkty handlowe. Co jeszcze kupujemy za tradycyjną ladą, a nie w wielkim marketowym koszu? Komputery, kosmetyki, bieliznę, ciuchy i dużo, dużo leków na wszystko, bo apteka stoi na każdym rogu. Na każdym osiedlu powstało małe centrum handlowe, nawet jeśli składa się z większego spożywczaka i kilku budek, można tam kupić wszystko co potrzebne do wypełnienia lodówki i zrobienia sobotnich porządków w domu.

Wydział handlu już nie zarządzi

Wrócę do Focusa. Gdy na niego codziennie patrzę, myślę sobie – czy miałby szansę powstać w planowej gospodarce socjalistycznej? Te fantastyczne dywagacje, naszły mnie, bo przypomniałam sobie, jak wtedy zielonogórzanie byli głodni nowych sklepów. Rosły osiedla, ale nie handel. Swego czasu przekopałam kilka tysięcy egzemplarzy „Gazety Lubuskiej” z blisko 20 lat. Najciekawszymi informacjami były te miejskie. Niezwykle wiele uwagi poświęcano, nie bez przyczyny, sprawom zaopatrzenia sklepów. O liczbie punktów handlowych decydowali urzędnicy i zawsze zabierali głos, gdy zniecierpliwieni, ale anonimowi mieszkańcy pytali o dostawy. Jakie? Branże, które były krytykowane, dyktowała pora roku. Jedną z zabawniejszych historyjek, którą zresztą pamiętam z dzieciństwa, były podczas lata dostawy naboi do syfonów! Uśmiałam się do łez czytając bardzo poważne publikacje odpowiadające na pytanie – kiedy będą naboje. Zaangażowani pracownicy wydziału handlu zapewniali o swojej wytężonej pracy nad rozwiązaniem problemu. Kompletna bzdura, bo co najwyżej mogli załatwić znajomym dostęp do deficytowych towarów. Ale handlowe życie toczyło się w tak odległym dla nas dzisiaj trybie, że aż trudno w to wierzyć. Przed rozpoczęciem roku szkolnego matki stawały w kolejkach po stroje na w-f, bo wiecznie ich brakowało. Dla uczniów mała strata, bo wszyscy wyglądaliśmy w nich jak sieroty. Ohydne granatowe spodenki i białe koszulki, które paskudnie szarzały i rozciągały się po pierwszym praniu. Chociaż dziś, gdy czasami słucham gderania moich dzieci, z ochotą zafundowałabym im takie „twarzowe” stroje.
 
Różnica między aż i tylko

Takich zmian w życiu handlowym zielonogórzan nie byli w stanie przewidzieć urzędnicy, urbaniści, którzy planowali rozwój miasta na przełomie lat 60. i 70. Niemniej wyliczyli, że zamieszka na Winnych Wzgórzach nawet 200 tysięcy osób. Pewności tej nabrali chyba po tym jak szybko zapełniały się coraz to nowe osiedla. Brzydkie jak noc, do dziś wyłażą na horyzont, zaraz po przejechaniu Odry w Cigacicach. One zostaną jeszcze na długo, długo, ale jak stanęliśmy kilka ładnych lat temu na około 115 tysiącach żywotów w mieście, tak stoimy do dziś. Nie mamy szans, aby stać się centrum regionu na miarę stolic ościennych województw, bo samym handlem takich cudów nie robi się. Nie ma też w samym mieście takiej mocy – biznesu, przemysłu, nauki – które pociągnęłyby nas do przodu. Tylko bliska zażyłość i stopniowe wcielanie okolicznych miejscowości może nam dać siłę rozwojową, bo też inaczej będziemy prezentować się na zewnątrz, mając np. 170 tysięcy mieszkańców. Tylko tu dochodzimy do podobnej bezsilności jak urzędnicy wobec braku nabojów do syfonu. Wzajemna gra interesów – mieszkańców miasta i wsi, władzy, która boi się, że zabraknie stołków – jest górą.
 
A w samej Zielonej Górze miło się żyje. Aż miło - tym, którzy mają już swoje miejsce, „tylko miło” – tym, którzy go szukają lub chcą zmiany.
 
Agnieszka Stawiarska

Komentarze

*

Dodaj komentarz

  • Autor *
  • E-mail *
  • Komentarz *
  • Przepisz kod (wielkość liter ma znaczenie)