Poniedziałek, 21 Maj 2012-Wiktora i Tymoteusza
TwójRynek Zielona Góra

Portret

Ks. Paweł Prufer, duszpasterz akademicki, pracownik naukowy UZ
TwojRynek.pl 3/2011Agnieszka Demichowicz Komentarze0 komentarzy

Uważam, że studenci zielonogórscy są spragnieni wiary, głoszenia prawdy o Bogu, Ewangelii, ale takiej, która nie oddala się od ich życia. Są przy tym krytyczni – i to jest ich wspaniała cecha, bo tym samym nam, duszpasterzom, nie pozwalają iść na łatwiznę. Raczej niechętnie przyjmują „papkę kaznodziejską”, gdzie brak konwergencji życia z głoszoną treścią.

 
Bliska jest mi, już wielowiekowa myśl benedyktyńska, „módl się i pracuj”.
 
Kiedy zrozumiał Ksiądz swoje powołanie? Czy towarzyszyło Księdzu od „zawsze” czy też przejawiło się jednoznacznym olśnieniem?
Według mnie, nie można zrozumieć powołania w pełnym tego słowa znaczeniu. Natomiast można je „wyczuć”, odczytać i przyjąć. Tak sądzę. I to jest także moim osobistym doświadczeniem. Powołanie do kapłaństwa „wyczuwałem” w okresie dorastania. I to zarówno na zasadzie jednorazowych impulsów dochodzących do mnie od wewnątrz, ale także poprzez bardzo konkretne wydarzenia, osoby, miejsca. Dziś myślę o tych chwilach z wielką radością, a nawet tęsknotą, tak bardzo były one czytelne, emocjonalne i po prostu prawdziwe. Byłem i jestem tego pewien, że były prawdziwe. Oczywiście doświadczam ich nadal, choć są często nieco inne. To zrozumiałe, bo po kilkunastu latach kapłaństwa ma się już wiele doświadczeń, tych trudnych i tych pięknych.
 
Studiował Ksiądz we Włoszech? Jak Ksiądz wspomina ten czas?
Minęło już kilka lat od mojego powrotu z Rzymu. Mam chyba tę cechę, która umożliwia mi dość łatwe zaadaptowanie się do nowych warunków i nowej sytuacji. Tak było w momencie przyjazdu na studia do Włoch, a także po powrocie do Polski. Czas studiów zagranicznych był niebywałym czasem – bogatym w nowe wyzwania i doświadczenia. Okres mojego studiowania przypadł na czas pontyfikatu Jana Pawła II. I to był nieoceniony dar dla mnie. Doświadczenia, jakich nabyłem, zarówno te uczelniane, jak i te związane z poznawaniem nowego kontekstu kulturowego, językowego, eklezjalnego czy duszpasterskiego, mają wpływ także na moją teraźniejszość i obecną posługę. Los (Pan Bóg) sprawił, że studia zostały mi „podarowane”. I mam do dziś tego świadomość. Trudno nie być wdzięcznym za możliwość własnego rozwoju, zgłębiania wiedzy, poznawania i uczenia się innego spojrzenia na świat, na życie, z „perspektywy Rzymu”.
 
Czy nie żałuje Ksiądz powrotu do Polski?
Oczywiście nie było łatwo zostawić wszystkiego, co podczas kilkuletniego pobytu udało się „oswoić”. Nie raz pojawiała się myśl, aby wrócić. Jednak od samego początku, gdy już wyjeżdżałem, wiedziałem, że za kilka lat wrócę do Polski, do swojej diecezji. I to mnie trzymało. Mam nadal wiele wspaniałych przyjaźni i więzi, które powstały w trakcie pobytu w Rzymie i we Włoszech. Teraz, kiedy to jest możliwe, powracam na krótko do Rzymu i do znajomych we Włoszech.
 
A jak się Księdzu pracuje w Zielonej Górze?
Moja praca w Zielonej Górze, rzekłbym, przebiega dwubiegunowo. Z jednej strony pełnię posługę duszpasterską, co daje mi wiele radości i wyzwala entuzjazm wiary, z drugiej strony faktycznie staram się także pracować naukowo i dydaktycznie. Także po to, aby nie zaprzepaścić tego, co w trakcie rzymskich studiów zostało zainwestowane. Ten rodzaj aktywności staram się także przekazywać swoim studentom, zarówno tym, którzy przychodzą do zielonogórskiego ośrodka duszpasterstwa akademickiego, jak i tym, z którymi spotykam się na zajęciach uczelnianych. Uniwersytet Zielonogórski i parafia Św. Józefa Oblubieńca stwarzają doskonałe warunki, żeby móc realizować zarówno posługę duszpasterską, jak i pracę naukową. Życzliwość wielu osób, a szczególnie rektora uczelni, pana prof. Czesława Sękowskiego, jest naprawdę ujmująca.
 
Można Księdza zobaczyć i posłuchać w Kościele św. Józefa Oblubieńca. Skąd czerpie Ksiądz inspiracje do swoich kazań?
Kiedy pewnego razu zapytałem mojego znajomego muzyka jazzowego, Piotra Barona, skąd wziął tyle cennych myśli, rzekł: „z głowy, czyli z niczego”. W pewnym sensie – choć to dość nieskromnie zabrzmi – inspiracje do kazań biorę „z głowy”. Jednak zawsze jest to poprzedzone przygotowaniem, modlitwą, namysłem, refleksją. Staram się być sobą, jednocześnie zdawać sobie sprawę, do kogo mówię. Po części jest to także kwestia tego, o czym wspomniał wybitny polski socjolog Florian Znaniecki: „współczynnika humanistycznego” i „empatii badawczej”. Socjologia jest mi bardzo bliska, stąd to nawiązanie. Jednym słowem, staram się słuchać studentów, tych, których spotykam, a także wychodzić naprzeciw ich potrzebom. Myśląc przede wszystkim o studentach, staram się być obok nich, żeby choć częściowo zrozumieć, jacy są, jaki jest ich sposób myślenia, czego poszukują (także w duszpasterstwie akademickim). Te i inne intuicje, przemyślenia, zawarłem w książce poświęconej działalności i formacji w duszpasterstwie akademickim, do lektury której serdecznie zachęcam (Ks. P. Prüfer, Duszpasterstwo akademickie wędką pastoralną i ulem formacyjnym, Wydawnictwo Uniwersytetu Zielonogórskiego, Zielona Góra 2010)
 
Według Księdza, jacy są zielonogórscy studenci?
Jest coś, co charakteryzuje studentów zielonogórskich, co jest w nich bardzo specyficzne. Ale posiadają oni również te cechy, które przypisać można by także wszystkim innym studentom. Cieszę się bardzo, że wielu z nich trafia do duszpasterstwa akademickiego, co jest przede wszystkim zasługą ich samych, w tym sensie, że potrafią podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi, a tym samych „podprowadzają” innych gdzie należy. To po prostu świadectwo i misja, którą śmiało można nazwać chrześcijańską ewangelizacją. Nasz ośrodek akademicki (mam na myśli Uniwersytet) jest zasadniczo nie dość daleko oddalony od miejsc zamieszkania i domów rodzinnych studentów. Stąd wielu z nich po prostu przyjeżdża na zajęcia, a w weekendy wraca do swoich miejscowości. Część z nich oczywiście zostaje. Zarówno dla jednych, jak i drugich, jako duszpasterstwo akademickie, otwieramy szeroko drzwi kościoła i salki, gdzie mają miejsce nasze spotkania. Studenci zielonogórscy są kreatywni i otwarci – przynajmniej ci, z którymi mam możliwość się spotykać. Poszukują takich form doświadczenia religijnego i socjalizacyjnego, który nie jest jedynie „odmrażaniem” tego, co już zostało kiedyś przygotowane. Chcą i emanują pragnieniem, by dawać im oryginalną i, rzekłbym, „autorską porcję” wiary.
 
Czy jest duże zainteresowanie ze strony młodych ludzi Kościołem w dzisiejszych czasach?
Chciałoby się powiedzieć, że tak. Jakkolwiek sięgając do statystyk (które nie zawsze są miarodajnym wskaźnikiem faktycznego stanu), widać, że nie zawsze Kościół i przekaz wiary jest dla młodych ludzi, tych na szczeblu akademickim także, atrakcyjny. Uważam, że są spragnieni wiary, głoszenia prawdy o Bogu, Ewangelii, ale takiej, która nie oddala się od ich życia. Są przy tym krytyczni – i to jest ich wspaniała cecha, bo tym samym nam, duszpasterzom, nie pozwalają iść na łatwiznę. Raczej niechętnie przyjmują „papkę kaznodziejską”, gdzie brak konwergencji życia z głoszoną treścią. Studenci, z którymi regularnie się spotykam, to także ludzie bardzo kulturalni i wyrozumiali, a więc nawet jeśli ktoś do nich nie trafia, to tego zasadniczo nie demonstrują, by nie urazić i nie zranić. Jakkolwiek szczera rozmowa z nimi daje możliwość sondowania ich przekonań i poglądów.
 
Co Ksiądz sądzi o powszechnym stwierdzeniu wielu ludzi „jestem wierzący, lecz nie praktykujący”. Czy taka postawa ma sens?
To stwierdzenie jest w pewnym sensie pochodną tego, o czym już wcześniej wspomniałem. Jeśli przekazywana wiara jest „atrakcyjna”, w dobrym tego słowa znaczeniu, niekoniecznie następuje jej oddzielenie od praktyki, czyli od liturgii, sakramentów, modlitwy wspólnotowej. Uważam, że wiara nie wyłamuje się od tego, co w nas, jako ludziach, naturalne, a więc chociażby od potrzeby przeżywania czegoś razem z innymi. Pedagogika czy socjologia nazwie to socjalizacją, lub uspołecznieniem, które owszem, dokonuje się często w sposób zaplanowany, ale także niejako naturalnie i „przy okazji”. Stąd uważam, że jeśli udaje się połączyć przeżywanie wiary z naturalnym procesem socjalizacji – efektem wychowywania i kształtowania, nikt raczej nie zaniecha wspólnotowego doświadczenia religijnego, czyli, de facto, praktykowania. Oczywiście to nie jedyny warunek, aby uchronić siebie i innych od dwubiegunowości wiary i Kościoła, Pana Boga i form, które go mają „ściągać” na ziemię. Byłoby przysłowiową walką z wiatrakami i prostowaniem psiego ogona, gdyby tylko czynniki ludzkie i techniki miały doprowadzać innych do wiary. Fenomen wiary i Ewangelia polegają na tym, że jest w nich jawny i ukryty „czynnik pneumatologiczny”, to znaczy Duch Święty, który w wiadomy sobie sposób, potrafi poradzić sobie z ludzkim sercem i uruchomić jego „bicie na wiarę”.
 
Czy Zielona Góra jest dobrym miejscem do życia?
Zielona Góra jest miastem, które ma wiele do zaoferowania jej mieszkańcom i gościom. Tym samym także studentom. Ewentualne braki (gdzie ich nie ma?!) mogą być tylko zachętą i inspiracją, zwłaszcza dla osób dynamicznych i w dobrym tego słowa znaczeniu, niespokojnych, żeby uruchamiać swoje pokłady energii i wyzwalać procesy rozwojowe. Na różnych płaszczyznach i w różnych kontekstach. Podstawowa zasada, aby cieszyć się z tego, co się ma, gwarantuje z jednej strony spokój i bezpieczeństwo, a z drugiej, wytwarza przekonanie, że „i ja coś mogę zrobić, dla innych i dla siebie”.
 
Jak spędza Ksiądz swój wolny czas?
Jak zwykły śmiertelnik, który jest księdzem, nauczycielem, przyjacielem dla innych, synem dla rodziców, Pawłem Prüferem. Moją cichą pasją jest muzyka jazzowa, której oczywiście nie wykonuję, ale zapamiętale słucham. I to zarówno słuchając ją zapisaną na płytach, jak i na żywo. Bywam na koncertach, jeśli czas mi na to pozwala. Mam dość solidny zbiór płyt z tą muzyką. Przy niej odpoczywam i ona jest dla mnie „narzędziem” wielu inspiracji do pracy, modlitwy i przemyśleń. W niej odnajduję wiele piękna, które nazwałbym metafizycznym, prawie mistycznym. Oczywiście nie każdy jazz i nie każdego muzyka, który gra, czy próbuje to czynić tak samo cenię. Ponadto, jako wieloletni pielgrzym, staram się spacerować. Wtedy także lokalny świat zielonogórski widzi się zupełnie inaczej niż z okna samochodu. W wolnym czasie bywam także w rodzinnym domu w Kosieczynie, u rodziców, brata lub siostry.
 
Czy ma Ksiądz jakąś życiową sentencję, którą kieruje się Ksiądz w swoim życiu?
Na obrazku prymicyjnym z 1997 roku – co jest zwyczajem każdego wyświęconego księdza – miałem zapisane słowa św. Jana od Krzyża: „Poszedłem, gdzie mnie porwała miłość, zgubiłem wszystko, lecz mam skarb niezgłębiony”. I chyba nadal jest to moja podstawowa maksyma. Poza tym, równie bliska jest mi, już wielowiekowa myśl benedyktyńska, „módl się i pracuj”. Zawsze wtedy, kiedy chcę sobie przypomnieć, że w życiu też chodzi o to, żeby być szczęśliwym, przypominam sobie te maksymy, jednocześnie starając się je realizować. I wtedy już nie mam problemu z tym, żeby szczęście zaglądało mi do okna.
 
Dziękuję
   
 

Komentarze

*

Dodaj komentarz

  • Autor *
  • E-mail *
  • Komentarz *
  • Przepisz kod (wielkość liter ma znaczenie)