Cenią sobie bardziej związki z ludźmi i miejscem, niż ewentualny awans i większą gwarancję pracy w razie nagłej zmiany na ścieżce zawodowej.
Ja też mam swoje ulubione miejsca i chwile w Zielonej Górze. Tak, żeby daleko nie szukać. Wczesny, letni wieczór na al. Niepodległości, gdy kwitną lipy, szemrze fontanna, ludzie śmieją się w ogródkach i pochylają nad szklankami z piwem. Kobiety kokietują swoich partnerów, mężczyźni taksują wzrokiem atrakcyjne dziewczyny. Miasto żyje i kusi, aby spędzić w nim przyjemnie czas. Aż żal, że tak rzadko można posłuchać na deptaku muzyki na żywo. Chociaż mamy filharmonię, na uniwersytecie jeden z najlepszych wydziałów muzycznych w kraju i masę młodych ludzi, którzy grają i marzą o sławie. Dlaczego ich nie ma w mieście? Na pewno znaleźliby słuchaczy.
Winobranie na pół gwizdka
Lato na zielonogórskim deptaku mija błyskawicznie. I już znów widzimy jak sprzedawcy rozstawiają od rana kramy z towarem, który wożą po całej Polsce i na ich trasie jest także Winobranie. Od staników po futra i rzeczy nikomu do niczego niepotrzebne, ale mające swoją cenę, a więc i kupca. Rozbawił mnie wpis w Wikipedii pod hasłem „kultura” w prezentacji Zielonej Góry. Właśnie Winobranie stało się głównym wydarzeniem kulturalnym. Nijak to się ma do rzeczywistości. Gdyby wyrzucić z miasta stoiska z jarmarcznym towarem, zaprosić naszych producentów żywności, lokalnych smaczków i atrakcji, w centrum usadowić winiarzy, wtedy można chociaż mówić o miejscowych tradycjach. A te już są bliżej kultury.
Z kijkiem przez las
Zielonogórzanie coraz bardziej lubią wypoczynek na świeżym powietrzu i to przez cały rok. W tak małym mieście ma to zalety i wady. Zalety, bo zawsze można znaleźć pokrewną duszę, która pogna z Tobą w weekend na leśne ścieżki. Wady, bo gdy w Parku Piastowskim dyszysz biegnąc pod kolejną górkę, więcej niż pewne, że zawsze spotkasz znajomą twarz. Czy chcesz, czy nie chcesz.
Miły to obrazek, gdy przed zielonogórskim amfiteatrem zjeżdżają się w weekend rowerzyści w przekroju wiekowym od lat 15 do 100. Przebierają nogami coraz większe grupy nordic walking , a na trawie wyginają kręgosłupy zwolennicy jogi. Na próżno jednak szukać w internecie wśród atrakcji Zielonej Góry cyklicznych imprez, które przyciągnęłyby z okolic i może z sąsiednich regionów ludzi napalonych na aktywny odpoczynek. Natura obdarzyła miasto nadzwyczaj hojnie w tereny idealnie nadające się na taką rozrywkę, ale wykorzystujemy je tylko dla siebie. Jakoś nie przychodzi nam do głowy, aby z tego zrobić atrakcję. I znów przywołam Wikipedię. W końcu wyświetla się w internecie w pierwszej piątce, gdy ktoś szuka „atrakcji Zielonej Góry”. I jak na razie lista wspólnot religijnych jest dłuższa od listy „imprezy cykliczne”. Trudno też skorzystać nawet z tych zapowiedzi, bo co to za określenie terminu „marzec-kwiecień”. Wyobraźmy sobie, że znajdzie się dziwoląg, który uprze się, aby zabawić się na naszych imprezach. Planuje urlop i wyjeżdża… gdziekolwiek, tylko nie do Zielonej Góry. Bo nie jest w stanie znaleźć informacji na pół roku wcześniej – co, gdzie, kiedy. A są takie miejsca w Europie, gdzie jest to możliwe. Turyści też to zauważyli i tam jadą na pewniaka.
Wreszcie jest winorośl
Od kilku lat rodziły się dzięki pasji założycieli, winnice wokół miasta. Można na nich spędzić miłe chwile, posłuchać ciekawostek na temat uprawy, pokosztować cokolwiek. Kto o tym wie? Nawet Lubuszanie mają skromną wiedzę. Ale warto ją sprzedać dalej. W Wikipedii nie znajdziemy słowa na temat winnic wśród propozycji turystycznych. Na innych portalach pod tym hasłem może nas jedynie rozśmieszyć bliskie i naprzemienne sąsiedztwo pizzerii i kościołów. To dopiero wychodzimy na dziwaczne miasto, w którym można co najwyżej coś przekąsić i się pomodlić.
Na nic się też zdają poszukiwania terminu i programu tegorocznego Winobrania. A zostały dwa miesiące do rozpoczęcia. Partyzantka jak co roku. Trafią do nas oficjele przywiezieni przez naszych urzędników i trochę znajomych, którzy są w stanie dojechać na weekend na kilka godzin. Dla turysty z Niemiec, Czech, Austrii to żadna propozycja, jeśli nie wiadomo, kiedy jest impreza i czego może się po niej spodziewać.
Zabłąkane owieczki
Gdy jesień zbliża się coraz bardziej do zimy, życie towarzyskie miasta zamyka się w knajpach, teatrze, filharmonii. Wytrwali wciąż biegają po wzgórzach. W słoneczny, mroźny poranek dobrze jest się zapatrzyć w panoramę miasta widoczną sprzed Palmiarni. A gdy spadnie dość śniegu, ruszyć na biegówkach w las wokół Zielonej Góry. Aż nie wyjdą na miejskich trawnikach pierwsze krokusy. Zielonogórzanie znajdą dość powodów, dla których warto tu mieszkać. Ale wciąż za mało, aby nie mieli wątpliwości, że obcy też ma po co tu przyjechać.
Kilka tygodni temu para turystów pytała mnie koło Palmiarni o lokal, w którym mogliby coś dobrego zjeść. Zdarzyło mi się to pierwszy raz od…, nawet nie wiem, ilu lat. A przez centrum przechodzę codziennie, z wyjątkiem urlopu. Trochę za rzadko, jak na przyjemne miejsce do mieszkania.













Komentarze