Dwanaście lat patrzę z okna - najpierw na nieczynne hale Polskiej Wełny, a potem na zapadające się budynki. Jeszcze kilka lat temu budził mnie czasami nocą warkot silników ciężarówek, bo powierzchnie dawnej fabryki były wynajmowane na garaże.
Potem zapadła cisza. Umarła przestrzeń w środku miasta.
Budynki przy Wrocławskiej ostatnie lata życia spędziły jak zapomniany przez rodzinę staruszek, oddany do najgorszego w okolicy domu opieki społecznej. Biednego i z przypadkową obsługą, która karmi pensjonariusza tylko dawkami podtrzymującymi go przy życiu. O zdrowiu nie ma mowy. Bo czy wynajęcie w kawałkach tak wielkiej powierzchni na działalność pod hasłem „mydło i powidło” można nazwać dobrą opieką? Raczej grabieżą ostatnich wartościowych przedmiotów należących do staruszka. Oddał opiece wszelką własność, a ta wyciągała z szuflady po kolei wszystko, co da się sprzedać. Mały lokal na sklep, pomieszczenie na hurtownię, parking...
Zapomniany olbrzym czasem tylko ożywał w sentymentach, gdy dziennikarze sobie o nim przypomnieli i pokazywali mieszkańcom zdjęcia z czasów świetności. Gdy tłum prządek pracował na trzy zmiany, a pobliska Zielonogórska Hala Ludowa przyjmowała u siebie setki ludzi spragnionych rozrywki, muzyki, filmu, tańca. Kilka pokoleń pochylało się wtedy nad fotografiami i wspominało chwile, które budowały historię tych budynków i stawały się kawałkiem życia nie tylko zielonogórzan. Nie rzadko bardzo znaczących: tam poznawali swoich mężów i żony, chodzili na pierwsze randki, zrywali związki, widzieli na żywo podczas koncertów swoich idoli.
Zwłoki przy Wrocławskiej
Gdy skończyła się pierwotna działalność tej przestrzeni, kolejna funkcja okazała się zabójcza. Budowa dyskontu była jak lifting ucha u osiemdziesięciolatki. Jak się przekonaliśmy po jakimś czasie, nieudany lifting. Ucho odpadło. Sklep zamknięto i powoli, odbudowana cząstka, choć wciąż ładniejsza od reszty, dogania w brzydocie pozostałe szczątki.
Wystarczyło wyprowadzić do końca stamtąd ludzi, którzy systematycznie, codziennie próbowali tam zarobić trochę pieniędzy i fragment miasta zdechł. Agonia była bolesna. Pożary, zawalenia dachów, częściowe wyburzenia. Ale żadnego porządnego pogrzebu, na który zasługuje w końcu tak ważny kawałek Zielonej Góry.
Teraz jest jak porzucone na pustkowiu zwłoki, psują się na naszych oczach i roznoszą choroby. Jedną z nich jest przytłaczająca brzydota, która przygnębia mieszkańców. Brzydzi każdego, kto wjeżdża do miasta po raz pierwszy, drugi i trzeci, a nie przekazuje nawet sentymentów z czasów świetności tego miejsca, bo są obce przybyszom z zewnątrz. Ruiny przyciągają tylko tych, którym odpowiada trupie środowisko. Żuli, pijaczków i „młodzież” okoliczną, która spędza czas na ulicy. Gdy miną mrozy, zaśpiewa pierwszy ptaszek, zrobią sobie na gruzach prawie domowe ognisko. Im odpowiada trupie towarzystwo. Dobrze się rozumieją i nie robią wymówek o nieodpowiedni wygląd oraz zachowanie.
Brzydkie ciągnie do brzydkiego
Gdyby proporcjonalnie porównać czas zniszczenia i budowy tych przestrzeni, bo ludzka ręka ma siłę demona. Budynki przy Wrocławskiej tętniły życiem kilkadziesiąt lat, a dziś zostały nędzne ślady. Ten stan osiągnęły błyskawicznie. Dziś ruiny prowadzą własne życie zombi. Za dnia mieszkańcy odwracają oczy od paskudztwa, bo przestają już wierzyć, aby kiedykolwiek zwłoki ktoś pochował, posprzątał i zaczął nową historię miejsca. Nocą omijają je z daleka, bo boją się tego, co tam może się ruszać.
Zombi są najtrudniejsze do przegonienia z miasta, bo najdłużej mogą przetrwać. Czasem dojdzie nas zapowiedź, czego tam właściciel terenu nie wybuduje. Obietnice tylko wzmagają niesmak i uświadamiają, że powrót życia do miejsc upadłych w mieście może trwać dziesięciolecia.













Komentarze