W dodatku zaoszczędzę pieniądze. Gdy zacznie padać, w 10 minut ląduję w domu.
A może w ogóle urlop ci niepotrzebny? - pociągnęłam temat. I się zaczęło. - Co ty gadasz!!! Zwariowałaś!!! Liczę każdą godzinę - aż krzyknęła. - Przecież ja już na tych klientów patrzeć nie mogę. Niedobrze mi się robi, gdy idę do roboty. Na dźwięk budzika flaki mi się wywracają.
Koleżanka od wielu lat działa w branży usługowej. Klientów widzi na oczy codziennie do 18. A czasami i w weekend, bo też dzwonią. Z każdym musi pogadać, doradzić i wysłuchać po 100 razy pytań o to samo. Ma też stałych gości, którzy cierpią na brak zajęć. Sami przyznają na wejściu: - Ooo, przyszedłem, bo dawno u pani nie byłem.
Traktują biuro koleżanki jako świetne miejsce do rozmów o życiu. Zeznają godzinami, jakie mają problemy, a gdy ona podejmuje próby zakończenia spotkania, które toczy się zupełnie nie na temat - zgrabnie zadają pytanie związane z jej działalnością. Wychodzą i wracają po dwóch tygodniach. Mają w nosie, że zajmują czas innym, którzy naprawdę wymagają jej porady. - Nie wiem, jak dociągnę do emerytury, ja już nie mogę patrzeć na niektórych - załamuje ręce koleżanka. Na studiach niestety nie miała zajęć na temat: jak wytrzymać przez 30 lat z klientami różnej maści. Teraz sama szuka sposobu na zdrowie psychiczne i choć sama się tego nie spodziewała po sobie, właśnie działka okazała się skutecznym lekiem na wypalenie zawodowe.
I tak siedząc pod wierzbą gadałyśmy o tym, jak się błyskawicznie wzmacniać przed kolejnym tygodniem w pracy. Przepytałam potem kilkoro znajomych o to, czy potrzebny jest im urlop i dlaczego. O rany, najpierw oczywiście wywalali na mnie zdziwione gały, potem pukali się czoło, sapali z oburzenia i dopiero po dobrej chwili zaczynali logicznie się wypowiadać.
- Przecież to przepisy prawa pracy nam nakazują raz w roku odpoczynek przez co najmniej 14 dni - zaczął swoje wywody kolega, który od 10 lat przesiada się ze stołka na stołek w różnych urzędach. Coś mu się więc już poprzestawiało w zwojach mózgu, skoro potrzebne mu prawo do odczuwania potrzeby odpoczynku. - U mnie w pracy temat urlopów jest aktualny od maja do końca września, w gabinetach zwierzchników nawet przez cały rok, bo ich stać na jesienne i zimowe wypady w bardzo ciepłe kraje - opowiada. - Potem, na przykład pan Zbyszek, wpada w listopadzie cały strzaskany na mahoń i zadręcza bladą panią Joasię opowieściami jak żyją ludzie na poziomie, czyli on. Pani Joasia pije potem przez miesiąc ziółka na uspokojenie i w domu zadręcza męża pytaniami, kiedy oni wreszcie będą ludźmi na poziomie i polecą w lutym chociaż do Egiptu.
Kumpel doskonale czuje się w świecie urzędników, ale zostało w nim sporo dystansu, więc z rozkoszą opowiada o świętych zasadach panujących w swoim miejscu pracy. - Mnie tak strasznie na urlop się nie spieszy, ale muszę, bo tak mówią przepisy, a poza tym mam poważne zobowiązania towarzyskie - zawiesił głos. - Stałbym się nikim, gdybym raz w roku nie przyniósł do pracy zdjęć z wakacji i nie pokazał, jaki jestem pomysłowy w ich planowaniu. W takim dniu kupuję ciasto, pani Dorota (wciąż panienka) parzy kawę, ja siedzę na biurku, a panie z wydziału w kółku obok mnie i oglądają fotki (pani Dorota tuż obok, czego pilnuję, bo zawsze ma piękny dekolt). Ja opowiadam, a panie wzdychają: - Panie Darku, ależ pana żona ma niebiańskie życie.
Kolega Darek zapomina nawet przez chwilę, że rozmawia ze mną, a nie z panią Dorotą, więc roztacza pawie pióra i odpływa w zachwycie nad sobą.
Przymus prawny rozbawia Przemka, kolegę menadżera średniego szczebla w dużej korporacji. - Że niby ja muszę odpoczywać? Przez co najmniej 14 dni? - pyta z ironicznym uśmiechem, który coraz częściej jest jego jedynym. - Nawet, gdybym siedział w statku kosmicznym, to prezes mnie tam dopadnie i muszę odebrać jego beznadziejnie zbędne telefony. O tym już prawo nie mówi.
Prezes Przemka jest, choć o tym nie wie, bohaterem licznych poradników właśnie dla udręczonych menadżerów średniego szczebla. Kolega przeczytał chyba wszystkie przetłumaczone na języki polski, a teraz sięga po literaturę w językach obcych. Nadal nie znalazł odpowiedzi na pytanie: jak podczas urlopu nie odebrać telefonu od prezesa i nie ponieść konsekwencji. Próbował własnych sposobów, na przykład tłumacząc się potem operacją laparoskopową w jamie brzusznej, ale prezes błyskawicznie zareagował: - Ale panie Przemku, miał pan chyba znieczulenie miejscowe, więc mógł pan rozmawiać.
Argumenty Przemka z gatunku „przecież na sali operacyjnej komórki są zabronione” poskutkowały tym, że nagle (mimo tytułu pracownika miesiąca) został na zebraniu zakładowym postawiony jako przykład małego zaangażowania w życie firmy. Dopiero trzy mecze w tenisa z prezesem, propozycja oszczędności we własnym dziale i kilka pochwalnych wpisów o szefostwie w intranecie, załagodziły sytuację. - Jadę na ten urlop, jadę, ale nawet pod niebem Toskanii usłyszę ten głos: „panie Przemku po pana powrocie musimy poważnie porozmawiać o nowych projektach”. Po czym okaże się, że nie było żadnych projektów. Jedynym rozwiązaniem jest wyjazd na urlop w terminie prezesa, ale mam dzieci w szkole i muszę brać wolne w czasie ich wakacji. A prezes lata po Meksykach w styczniu - smętnie skończył Przemek.
A Danka zaczęła opowieść o tym, jak spędza urlop w takich miejscach, do których nie może dojechać teściowa...













Komentarze