To mnie najbardziej zdziwiło podczas tygodniowego wyjazdu przed sezonem wakacyjnym. Ponure miny wczasowiczów i zaskakujący brak radości z bycia w pięknym miejscu, w dobrych warunkach, z fajną kuchnią i winem na każde zawołanie. W międzynarodowym towarzystwie, z przewagą Anglików, Polacy królowali nadętymi twarzami. Jakby za karę zostali zesłani nad ciepłe morze, gdy w rodzimym kraju nie było ani wesoło, ani pogodnie. Poruszali się godnie i powoli, mieli oczy wpatrzone gdzieś tam, z wysiłkiem krzywili usta w uśmiechu, gdy pozdrawiała ich uprzejma obsługa hotelowa. Zwykle sunęli w kierunku restauracji, a tam…
Bardzo ważna osoba
Przy stoliku siedzą dwie kobiety – matka z córką. Mało nie pękną z nadęcia. Nie patrzą na siebie, a jak coś zagadają, to jakby przed chwilą pokłóciły się o najważniejsze sprawy w życiu. Młoda syczy co najwyżej do starszej, a starsza ciągle obrażona. Na ich talerzach piętrzą się przystawki, dania główne, desery (dietetyk by zemdlał na tę ilość). Można wnioskować, że chyba im smakuje kuchnia hotelowa. Ale na przypuszczeniach się kończy, bo panie nawet nie pisną z zadowolenia. Nie mrukną, nie westchną, nie jękną, ale pakują do paszczy, ile wlezie. Po godzinie, wypłyną z jadalni jak obrzmiałe bąki, bez słowa. Rzucają się w oczy też innymi, bo po dwóch dniach pobytu, uśmiechnięty Anglik, pokaże na młodszą i zagadnie przy basenie: „To bardzo ważna osoba… i ciągle wkurzona”.
Ci Grecy, to sosu nie umieją zrobić
Małżeństwo z dużym stażem nie odchodzi za daleko od basenu, co najwyżej na godzinny spacerek wyruszy. Dba o regularne jedzenie, co w wydaniu all inclusive jest dość proste, bo jak się kto uprze, to może jeść i pić przez cały dzień, po wliczeniu deserów i kanapek między głównymi posiłkami.
Państwo X systematycznie uczestniczą więc w celebracji śniadań, lunchów i obiadów. I super, bo kuchnia jest jedną z przyjemniejszych chwil w życiu człowieka. Ale gdzie ta przyjemność na twarzy? Miła wesołość w oku na widok apetycznej przystawki, nowego smaku. Nie ma. W zamian jest krytyka. W przeciwieństwie do matki z córką, państwo X lubią komentować. W trzeciej dobie, pan X pochylony nad stołem z warzywami i sosami mruknął do żony: „eee, te tzatziki jakieś takie niedoprawione”. I łup, nałożył sosu ze trzy łychy i marudząc poszedł po resztę dań.
Potem jak zwykle siedzieli ponurzy przy stole i nad talerzami mruczeli do siebie, zjadając co do okruszka wszystko co się piętrzyło na kilku talerzach. Na dwóch, czy czterech (licząc te małe do sałatek) nie mogłaby się ta ilość żarełka pomieścić.
Może to coś w powietrzu
Państwo Y, w średnim wieku, też smuciło się przez cały dzień. Gdy roześmiany kelner pytał, czy podać jeszcze wina, pan Y odmawiał z prawdziwym wstrętem (choć wcześniej jakoś zmusił się do wypicia dwóch, trzech kieliszków). A duże lody zawsze jadł na najbardziej ukrytym leżaku. W zasadzie jedynymi jawnie zadowolonymi (nie licząc mnie i towarzyszki wyjazdu) były trzy młode pary. Z jedną zawarłyśmy znajomość i miło spędziłyśmy czas na wspólnej wycieczce. Porównaliśmy, jak się okazuje, podobne spostrzeżenia turnusowe. Z dwoma pozostałymi nie poznałyśmy się, bo bawili się dobrze w swoim towarzystwie. Mężczyźni mieli głowy jak arbuzy, łapska jak bochny chleba i widać było, że kochają siłownię i jedzenie. Ich kobiety były drobnymi blondynkami na wysokich obcasikach. Przy kawie faceci prowadzili ciekawe rozmowy: „takiej szyby, to nawet k…wa młotkiem nie rozj…esz”. Ale przynajmniej nie wyglądali jak desperaci wysłani przez psychiatrę na przymusowy odpoczynek do Grecji!
Ludzie są naprawdę dziwnymi stworami. Płacą, lecą, napychają się frykasami, ale tak po ludzku, żeby się z tego ucieszyć to już nie umieją. I po mistrzowsku narzekają.













Komentarze