Piątek, 18 Maj 2012-Feliksa i Aleksandry
TwójRynek Zielona Góra

TwojRynek.pl 05.2010

Co się Pani tak na mnie patrzy?
TwojRynek.pl 05.2010Agnieszka Stawiarska Komentarze0 komentarzy
Ten dowcip ma co najmniej 20 lat. Facet podchodzi do okienka na stacji PKP w Kisielinie: - Proszę bilet do Tokio. – Dokąd? – słyszy pytanie. Ten sam facet kupuje bilet w Tokio: - Proszę do Kisielina. – Starego, czy Nowego? – dopytuje urzędnik na kolei.
 
 
Teraz tego nie doceniamy, ale wciąż jesteśmy użytkownikami fenomenu. I dlatego dowcip nic nie stracił na aktualności, mimo upływu lat.
 
Fenomen nazywa się polskie koleje. Dokładnych nazw nie mogę użyć, bo one są częścią fenomenu. Chociaż od nas, użytkowników, wymaga się biegłej znajomości zawiłych zmian prawnych i majątkowych w branży transportu kolejowego. To my powinniśmy wiedzieć, jaką firmę wybieramy podczas podróży; czy ma ona swoje okienko na stacji; czy zapłaciła za tory, po których jedzie pociąg; czy 1.234 związki zawodowe nie planują w dniu naszej podróży strajku; czy pociąg ma wzięcie wśród klientów, czy nie; ile minut zwyczajowo się spóźnia… Doktorat nie wystarczyłby, aby bez niespodzianek przejechać z punktu A do punktu B. Swoją drogą, to mógłby być niezły pomysł na grę komputerową – podróż polską koleją. Jedziesz i nie wiesz, czy i kiedy dojedziesz, a podróż z punktu A do punktu B staje się czystą abstrakcją.
 
BO SIĘ NIE DOGADALI. Pierwsze dni maja po nieco dłuższym weekendzie. Czy jest powód, aby nie dojechać do pracy, na ważne spotkanie, egzamin maturalny, lub ubić interes życia? Ależ tak. Jeśli naiwnie kupiłeś bilet kolejowy i myślałeś, że dojedziesz na czas. Nie wiedziałeś, że właśnie 4 maja spółki kolejowe weszły w konflikt finansowy. Jedna drugiej nie płaci, więc klienci zostali na lodzie. Pamiętam sprzed lat argumenty za podziałem jednej firmy kolejowej na kilka: wyższa jakość usług, lepsze gospodarowanie majątkiem, lepsze zarządzanie. Ładnie podane, ale nieprawda. Koleje są odporne na takie zmiany. Nigdy nie biorą pod uwagę takiej sytuacji: obywatel płaci za bilet, jedzie, bo pracuje lub czeka na niego najważniejsze spotkanie w życiu i… kicha. Wyjechał ze stacji i ugrzązł w stacji Y, a mądrale ze spółek mówią mu: „Niestety rachunek ekonomiczny jest ważniejszy. Nie ma kasy, nie ma jazdy”. Ale, żeby jeszcze mówiły pasażerowi. On o tym usłyszy w TV, jeśli go życzliwi znajomi wydostaną z jakiegoś zaśmierdłego dworca. Co z tego, że on zaufał kolejom, zapłacił za bilet. Niemało. Oni mówią, że ten pasażer im się nie opłaca. Fenomen. Od tylu lat płacimy coraz więcej za bilety i jesteśmy nieopłacalni. Dlatego bez mrugnięcia okiem spółki kolejowe mogą odwoływać kursy ponad 40 pociągów w ciągu jednego dnia.
 
BO W PONIEDZIAŁEK Nieopłacalni chcą jednak jeździć, bo w Polsce trudno nam wybrać – mamy dwie autostrady na krzyż i ze cztery sensowne trasy kolejowe, po których pociągi w miarę szybko jeżdżą. I tak mają nas w szachu. Żeby było śmieszniej, te kierunki pokrywają się, więc kroją nas z jednej, i z drugiej strony. Gdyby jednoznacznie na tej samej trasie bardziej opłacałoby się jechać samochodem, może kolej zrobiłaby wszystko, aby jeździć szybciej i zdobyć przewagę nad autem. W drugą stronę też mogłoby to działać. Tymczasem jest tak, że o tym czym jedziemy decydują okoliczności – czy musimy jeszcze popracować, czy chcemy się przespać w drodze, czy firma zapłaci tylko za bilet, czy też za paliwo do auta. Ale to takie moje przypuszczenia, że mogłoby się coś zmienić, gdyby pojawiła się wyraźna konkurencja między transportem drogowym i kolejowym. Jadę ostatnio w poniedziałek do Warszawy i okazuje się, że w każdy poniedziałek ludziska od Poznania stoją na zakładkę i kiszą się w wagonie restauracyjnym. I tak co tydzień, bo tyle osób jeździ służbowo i do pracy w kierunku stolicy. Siedzę przy kawie (też nie dostałam biletu) i słucham cotygodniowych nieopłacalnych podróżnych. – Dlaczego nie dostawią dodatkowego wagonu? – zadają sobie pytanie. Jeżdżą tak od miesięcy i nie wiedzą. Nie dowiedzą się, bo są nieopłacalni.
 
SŁONECZKO Z CHMURKĄ Nie będę tego ukrywać, polska kolej jest moją pasją. Każda podróż dostarcza nowych obserwacji i tylko utrwala jedno – prawdziwy fenomen życiowo-biznesowy. Na przykład. Sprzedano mi bilet za pełną cenę, choć nie było miejsc siedzących. Miałam iść po zwrot pieniędzy na dworcu docelowym i z wcześniej zdobytą pieczątką od konduktora. Brakowało tylko prześwietlenia płuc i aktualnych badań EKG. Jakbym od razu nie mogła mniej zapłacić, skoro nie ma w pociągu dla mnie miejsca. Tylko, że pociąg jeździ tylko z miejscówkami.
Inna sytuacja. Jedzie kobieta z dzieckiem. Konduktor żąda legitymacji szkolnej przy sprawdzaniu biletów, bo dziecko miało zniżkę. Matka ma tylko dowód dziecka. Nie wystarczy. Musi być legitymacja. – Przecież widać ile ona ma lat, jest obowiązek szkolny – przytacza argumenty, ale jakże obce przepisom kolejowym. Więc zdruzgotana absurdem wpatruje się w konduktora. – Co się pani tak patrzy? To są przepisy. Musi pani kupić nowy bilet, normalny – mówi pracownik InterCity. I ma rację. Jest grzeczny, jego koleżanka tłumaczy co zrobić, aby odzyskać pieniądze i doradza jak kupować bilet powrotny, aby mniej zapłacić. Ale absurd jest absurdem, żeby udowadniać legitymacją wiek malucha, skoro widać ile on ma lat.
Jedno się zmieniło w fenomenie kolejowym przez ostatnie lata – obsługa stała się uprzejmiejsza, kilka pociągów na krzyż nie odrzuca już brudem, są wagony z klimatyzacją, w wagonach restauracyjnych można dobrze zjeść. I papier toaletowy jest dostępny. Ale Kisielin stał się jeszcze bardziej kosmiczną stacją niż 20 lat temu. Wyjaśnienie jest wciąż jedno – to się po prostu nie opłaca.
 

Komentarze

*

Dodaj komentarz

  • Autor *
  • E-mail *
  • Komentarz *
  • Przepisz kod (wielkość liter ma znaczenie)