Dwa lata temu Ameryka zaraziła świat poważną chorobą… Czy to ona wyśle również sygnał do powrotu do zdrowia? Już zresztą to zrobiła. Po cichu…
Guru finansów Alan Greenspan ogłosił niedawno bliski koniec kryzysu gospodarczego za oceanem. Skąd taka pewność? Być może sprawdził swój "ulubiony" wskaźnik z rynku finansowego - głównego nerwu najważniejszej na świecie gospodarki. Mowa tu o tzw. spread - różnicę w oprocentowaniu między trzymiesięczną stawką dolarowego LIBOR (cena pożyczek w dolarach na światowym rynku międzybankowym) a trzymiesięcznym dolarowym tzw. OIS (swap, czyli wymiana między bankami płatności o stałym kuponie na zmienny - overnight).
Przeszło rok temu były, wieloletni szef FED (System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych) Alan Greenspan oświadczył, że "nie uzna, iż sytuacja na rynku kredytowym wróciła do normalności, jeśli spread LIBOR-OIS, uważany za wskaźnik pokazujący skłonność banków do pożyczania sobie pieniędzy, nie spadnie do normalnej wartości". Mowa tu o 25 pkt bazowych (czyli 0,25 proc.). Wówczas spread LIBOR-OIS był trzykrotnie wyższy (0,7 proc.).
Po zalaniu rynku pieniędzmi pod koniec lipca tego roku trzymiesięczny LIBOR spadł po raz pierwszy w historii poniżej 0,5 proc., w skutek czego spread LIBOR-OIS spadł do zaledwie 26 pkt bazowych (przez moment nawet do 25 pkt). Zbiegło się to z publiczną wypowiedzią Alana Greenspana, że kryzys gospodarczy jest już bliski końca. Według byłego szefa FED moment zwrotny nastąpił w połowie lipca.
W tym samym czasie Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wchodzi na wysokie poziomy. Wzrosty na giełdzie trwają już ponad pół roku. W tym czasie indeks szerokiego rynku wystrzelił w górę o ponad 80 proc. Tylko przez ostatnie pół roku, indeks największych polskich spółek (WIG20) zyskał blisko 70 proc. Ostatnie 6 miesięcy to także czas szybkich i wysokich zysków na GPW. Obecnie wartość rynkowa giełdowych spółek wynosi w sumie ponad 660 mld zł. Tymczasem jeszcze w lutym w dołku bessy było to jedynie blisko polowę niższa (360 mld zł.).
Zdecydowanie wzrosła również aktywność inwestorów. Pół roku temu zdarzały się sesje, w czasie których obroty nie przekraczały 650 - 700 mln zł. Obecnie wartość handlu na warszawskim parkiecie niejednokrotnie przekracza 2 mld zł dziennie.
W I połowie 2007 roku - gdy zarządzający funduszami kusili w reklamach wizjami gigantycznych zysków - Polacy kupowali jednostki TFI (Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych) na potęgę. Wraz z rosnącymi indeksami wartość środków zgromadzonych przez fundusze wzrosła do ponad 140 mld zł.
W 2008 roku silne spadki na giełdzie spowodowały lawinowy odpływ klientów. Wielu inwestorów przenosiło swoje oszczędności na coraz lepiej oprocentowane lokaty bankowe. A ci inwestorzy, którzy nie wycofywali środków z TFI, najczęściej zamieniali fundusze akcji na zdecydowanie bardziej bezpieczne.
Na początku 2009 roku wartość środków zgromadzonych w TFI stopniała do 70 mld zł. Przełomowym miesiącem okazał się maj. Wtedy różnica pomiędzy wpłatami, a umorzeniami po raz pierwszy od 18 miesięcy osiągnęła dodatni poziom i wyniosła 0,13 mld zł. Ta różnica z miesiąca na miesiąc jest coraz większa. W czerwcu było to już blisko 0,60 mld zł, a w lipcu 0,66 mld zł. A wszystko wskazuje na to, że i sierpień zakończy się pozytywnie dla TFI.
Rośnie również skłonność do ryzyka. Trwające od lutego wzrosty na GPW spowodowały, że w ostatnich miesiącach ponownie do łask powracają fundusze akcji.
Coraz lepsze wyniki funduszy mogą być zasługą nie tylko poprawy sytuacji na giełdzie. W ostatnich miesiącach wojna depozytowa prowadzona przez wiele miesięcy przez banki, zdecydowanie straciła na sile.













Komentarze