Przyznam się, że mam swoje obsesje - poziom usług kolejowych w Polsce i zapadnięte studzienki w drogach. To tak z grubsza, dwa tematy, które na przemian śmieszą mnie do łez i denerwują.
Jechałam ostatnio na trasie Zielona Góra - Poznań i z powrotem. Na drodze był tłok, dużo aut, w tym ciężarówek, czasem udało się kogoś wyprzedzić i trzymać własne tempo jazdy bez konieczności ciągłego hamowania, zmiany biegów, patrzenia w tylne lusterko, czy aby inny kierowca nie zerwie się do przodu. Albo też z przeciwległego pasa coś nie wyjedzie na mój - tak jak TIR, który wyprzedzał na wiadukcie w Wolsztynie. Jechał z prędkością 120 km/godz., z góry, w miejscu, gdzie jest ograniczenie do 50 km/godz. Zmieścił się na styk, bo inni kierowcy mu ustąpili.
To się nadaje do filmu
Jednak inne zachowanie jeżdżących było znacznie bardziej charakterystyczne. Gdy wjeżdżałam w kolejne miejscowości, auta przede mną zaczynały slalom między zapadniętymi studzienkami. Bujały się od krawężnika do linii między pasami. Nie dziwiło mnie to, oszczędzamy części zamienne i na remontach własnych samochodów. Płacimy podatki i jeździmy jak pijane zające, bo droga równa jak stół nie jest możliwa do wykoniania,a przekonujemy się o tym świeżo po zakończeniu robót. Nie działa już na mnie pocieszenie, że są jeszcze kraje w Europie, gdzie zakryta deklem studzienka jest luksusem. Tam można wpaść kołem w dziurę i już nie wyjechać, a więc umiejętność omijania przeszkód jest niezwykle cenna.
Oczywiście prawo u nas przewiduje coś takiego jak odszkodowanie od właściciela drogi za zniszczony samochód, ale to jedna z tych możliwości, która w praktyce oznacza drogę przez mękę. Amerykanie zrobiliby z takiej sprawy sądowej przebój kinowy z happy endem i napisem końcowym: „Od czasu wygranej Kowalskiego z Urzędem Gminy w Górce, 2 mln Polaków odzyskało odszkodowanie za zmasakrowane auta na fatalnych polskich drogach”.
Na razie możemy tylko o tym pomarzyć, gdy w warsztacie będziemy czekać na wymianę drążków i zawieszenia. A ja może polubię moją obsesję.
Nie pytaj, sam się dowiedz
Jazda koleją po Polsce jest ofertą dla ludzi o mocnych nerwach, dystansie do świata i dużym poczuciu humoru. Jeśli brakuje ci którejś z tych cech, zastanów się, czy musisz wybierać PKP. Zwłaszcza odkąd mamy różne firmy obsługujące tę komunikację i pasażer musi się doskonale orientować, z którą z nich zamierza podróżować. Zanim sięgniesz do portfela po pieniądze, masz wiedzieć: czym jedziesz, o której godzinie, skąd, dokąd i kto powozi tym pociągiem. Jeśli zdasz się na sprzedawcę biletu, może i zajedziesz. Ale gdzie i za ile?
Dla przykładu dwie anegdoty z życia. Znajomy jechał gdzieś w Wielkopolskę. Znalazł w internecie połączenie, po czym usłyszał na dworcu, że tam nie da się sprzedać biletu. Był uparty, zauroczył pracownicę „informacji” i tak długo stukała w komputer aż znalazła rozwiązanie. Poradziła: „Kupując bilet, proszę nie mówić, że jedzie pan do miejscowości X, tylko do Y i tam na trasie pan wysiądzie, bo tego rozkład nie łapie.” Posłusznie poszedł do kasy i wyrecytował. Poskutkowało, dostał bilet, dojechał.
Mnie sprzedano bilet na ekspres na trasę, gdzie jeżdżą tylko podmiejskie klekoty, a konduktor na widok biletu mało nie umarł ze śmiechu. Potem poinstruował, jak mam reklamować kupiony bilet, nieważny na tej trasie (procedura wymyślona na zniechęcenie klienta) i poinformował, że powinnam mieć nowy bilet, kupiony u niego.
Znajoma sama informowała w kasie, że w Lubuszaninie jeździ wagon bezprzedziałowy, bo w komputerze nie wyskakiwał przy kupowaniu biletu.
Zapowiedź z kluchą
W zasadzie każda podróż jest inna, a doświadczenie bezcenne. Podziwiam obcokrajowców, którym udaje się wsiąść do właściwego pociągu (chociaż ostatnio asekurowałam rodzinę Rosjan na centralnym w Warszawie), bo oni nie mają szans na zrozumienie bieżących informacji podawanych przez megafon. Polacy zresztą też niewiele z tego zrozumieją. Wciąż obowiązuje model z „Misia”, gdy zapowiedź po angielsku polegała na bełkocie z kluchami w ustach. W ekspresach też obsługa wstydzi się wyraźnie mówić, mikrofony są źle wyregulowane i w efekcie słyszymy tylko zbędny hałas.
Ale przed nami sezon wyjazdowy, długie i krótkie weekendy, wypady za miasto i urlopy. Koleje zapraszają do korzystania z ich usług, a na drogi nikt nas nie zaprasza, ale i tak musimy po nich jeździć. Nastawmy się na przygody i dowcip, łatwiej zniesiemy niespodzianki lub stałe, dokuczliwe doznania związane z podróżą.
Agnieszka Stawiarska
Gazeta Lubuska













Komentarze