Prognozy, które wszędzie słyszymy nie zapowiadają niczego dobrego. Wciąż mówi się o kryzysie i jego skutkach, które my, konsumenci, dopiero zaczynamy odczuwać. GUS podaje, że humory nam nie dopisują, a najbardziej obawiamy się bezrobocia.
A więc od jesieni wciąż tendencja zniżkowa. Słowo „kryzys”, powtarzane jak mantra, dzwoni nam w uszach i niepokoi. Bo jak tu być spokojnym i nie spodziewać się pogorszenia sytuacji? Zaciskamy więc pasa, zaczynamy oszczędzać, boimy się zwolnień i rosnącego bezrobocia.
Właśnie bezrobociem w Zielonej Górze postanowiłam się zająć w tym miesiącu. Podczas wizyty w Wojewódzkim Urzędzie Pracy otrzymałam szereg statystyk, tabel, zestawień, słowem: lubuskie bezrobocie w liczbach. Trudno wyrokować
o nadchodzących miesiącach na podstawie jedynie dwóch poprzednich, dlatego do porównań wykorzystałam też dane z poprzedniego roku. Czy kryzys już wpłynął na bezrobocie w lubuskim? Sami Państwo osądzicie.
Ilu mamy bezrobotnych?
W lutym tego roku w Zielonej Górze było zarejestrowanych 3440 bezrobotnych, w lutym zeszłego roku – 3888, tak więc w skali roku nastąpił spadek liczby bezrobotnych i stopy bezrobocia. Jednak jeśli spojrzymy na napływ bezrobotnych w ubiegłym miesiącu, to dowiemy się, że wówczas przybyły w mieście 752 osoby bezrobotne, zaś rok temu w tym samym czasie zarejestrowało się 554 nowych bezrobotnych, a więc jednak mniej. Podobnie wygląda sprawa, gdy spojrzymy na styczeń tego roku (1210) i na styczeń rok temu (1049). Wniosek: liczba nowych bezrobotnych wzrosła. W skali kraju wzrost ten również ma swoje odzwierciedlenie: w województwie lubuskim i warmińsko-mazurskim zanotowano najwyższą stopę napływu bezrobotnych do urzędów pracy w lutym 2009 r. Pocieszające jest to, że w ubiegłym miesiącu to w województwie śląskim i właśnie lubuskim zanotowano też najwyższy poziom odpływu bezrobotnych z urzędów pracy.
Jak wygląda sytuacja wśród ofert pracy?
Porównując oba wykresy widzimy, że o ile liczba bezrobotnych wzrasta, o tyle liczba ofert pracy w Zielonej Górze w porównaniu z poprzednim rokiem zdecydowanie maleje. Czy to skutek kryzysu? Prawdopodobnie. Pracodawcy próbują oszczędzać także na pracownikach – zwalniają więc częściej i chętniej, zaś nie spieszą się z zatrudnieniem. W województwie lubuskim w 2008 r., największy napływ bezrobotnych odnotowano w zawodach: sprzedawca (6728), rolnik gospodarczy (3181), murarz (2153), ślusarz (1769), kucharz (1745), asystent ekonomiczny (1717) czy pracownik biurowy (1551), a na tym wcale się nie kończy.
Kto ma szansę na pracę…
Jak dowiedziałam się z zestawień przekazanych mi przez Inspektora Wojewódzkiego, pana Mirosława Nowinkę, na lubuskim rynku pracy są zawody, na które jest duże zapotrzebowanie, a nie ma bezrobotnych. Po prostu nie ma kto przyjąć pracy na oferowanych stanowiskach – są to tak zwane zawody deficytowe, stanowiące ok.22% ogółu zawodów, na które w naszym regionie było zapotrzebowanie. Jakie to zawody? W ostatnim roku najwięcej zgłoszonych ofert pracy w tej kategorii dotyczyło zatrudnienia w zawodach określonych kategorią „pozostali zamiatacze i pokrewni” – dla nich wpłynęły 34 oferty pracy, a nie było ani jednego bezrobotnego, który by mógł oferowaną pracę podjąć. Równie duże zapotrzebowanie było na ogrodnika specjalizującego się w uprawie grzybów, operatora urządzeń do produkcji majonezu i musztardy, montera obrabiarek, doradcy inwestycyjnego czy szlifierza kamieni szlachetnych i ozdobnych. (Dziwić może tak dokładne określenie stanowiska, ale to powszechny system oznaczania zawodów stosowany przez GUS – w systemie tym każdy zawodów oprócz dużej precyzji w określeniu, ma przypisany numer.) Zdarzały się też takie sytuacje, gdy w danym zawodzie w ciągu roku zgłosił się jeden bezrobotny, a wpłynęło 57 ofert pracy - takie zapotrzebowanie było choćby na sortowacza surowców wtórnych. Inne zawody deficytowe – brzmiące już bardziej znajomo – to choćby monter taboru szynowego (2 bezrobotnych, 87 ofert pracy), żołnierz zawodowy (zarejestrowano 15 bezrobotnych, a zgłoszono 330 ofert pracy) czy telemarketer (5 bezrobotnych, 69 ofert).
Tak więc jeśli się jest bezrobotnym, to warto by było móc zaliczyć się do tej grupy – pracę moglibyśmy znaleźć wówczas naprawdę szybko. Tym bardziej, że mimo, iż zawody deficytowe charakteryzują się dużą zmiennością, to analitycy rynku pracy zauważają, iż część wyżej przez mnie wymienionych ma trwałą „deficytową” pozycję, są to m.in. szlifierz kamieni szlachetnych, monter sprzętu oświetleniowego, ogrodnik od grzybów jadalnych itd.
…a kto jej nie ma?
Niestety, jest również inna, dużo większa grupa zawodów: zawody nadwyżkowe. Stanowiły one w 2008 roku aż 72,8% ogółu zawodów. W ciągu 12 miesięcy w ponad połowie zawodów nadwyżkowych nie zanotowano żadnych ofert pracy a nowych bezrobotnych i owszem - przybyło. Największy napływ bezrobotnych, dla których w ubiegłym roku nie wpłynęła żadna oferta pracy, odnotowano wśród takich zawodów jak: technik włókiennik (126 bezrobotnych), żołnierz zasadniczej służby wojskowej (122), organizator agrobiznesu (101) czy technik analityk (97).
W pozostałych zawodach nadwyżkowych odnotowano pewien „napływ” ofert pracy, lecz nieproporcjonalnie mały w stosunku do „napływu” bezrobotnych. Do urzędu pracy zgłosiło się 544 bezrobotnych mechaników – operatorów pojazdów i maszyn rolniczych. A ile było ofert pracy? 5! Podobnie ciężko z pracą mieli tkacze (102 bezrobotnych, jedna oferta pracy), pozostali specjaliści od spraw ekonomicznych
i zarządzania (284 bezrobotnych, 3 oferty) czy rolnicy.
Póki co liczby pokazują, że jest trochę gorzej niż rok temu. Jednak jak się wyklaruje – czas pokaże. Na razie pozostaje nam czekać, a w wolnej chwili może przekwalifikować się… na przykład na szlifierza kamieni szlachetnych. Okazuje się, że na czarną godzinę warto mieć w rezerwie nie tylko oszczędności, ale i deficytowy zawód.
Dorota Poślednia













Komentarze