Bartek ma 30 lat, ksywę Dragon i uśmiech, który uśmierza lęk wysokości. Ma też pasję. Tą pasją są skoki. Ulubionym zajęciem Bartka są sporty przestrzenne, ale skoki przede wszystkim. 4 000 m nad ziemią nabiera powietrza w skrzydła, choć zamiast latać spada. Ale cóż to za spadanie! Porozmawiajmy z człowiekiem, którego pracą jest biznes i to biznes, który jest pasją!
Twoja praca jest twoją pasją. Farciarz. Nie każdemu się tak udaje… a musisz czasem od niej odpoczywać? Szukasz sobie innych pasji, innych zajęć, żeby znaleźć odskocznię, czy nie odczuwasz w ogóle takiej potrzeby?
Trudno odpoczywać od czegoś, co sprawia przyjemność. Jednak, mam też inne pasje i zainteresowania. Nie poświęcam im może aż tak dużo czasu, co skokom, ale chętnie angażuję się też w inne rzeczy. Na przełomie lipca i sierpnia wybieram się w rejs. Lubię sporty przestrzenne: narty, nurkowanie, żeglarstwo… Ale najważniejsze są skoki. Skakanie z hobby przerodziło się w pasję, a w pewnym momencie okazało się sposobem na życie i na zarabianie na to życie. Najpierw skakałem dla przyjemności, potem dostałem się do kadry i zacząłem skakać sportowo. Dotacja z EFS, założenie szkoły spadochronowej, pierwsze skoki w tandemie, organizacja imprez integracyjnych dla firm. Wszystko związane ze skokami.
Powiedz mi: skąd ci wzięło się to skakanie?
W 1992 roku w Zielonej Górze odbywały się Mistrzostwa Świata w Akrobatyce Szybowcowej. Pojechałam na te zawody. Oczywiście od razu zapragnąłem zostać mistrzem świata. Poszedłem do szefa szkolenia, ale powiedział mi, że jestem za młody – miałem wtedy niecałe 15 lat, a żeby skakać samodzielnie, trzeba mieć skończone 16 lat i zgodę opiekunów prawnych. Kazał mi przyjechać za rok. Wróciłem, a on mi mówi, „eee tam, co się będziesz zapisywał na szybowce, to dla mięczaków. Zapisz się na skoki spadochronowe.” No to się zapisałem. W zasadzie zadziałał przypadek.
Mówiłeś, że głównym rynkiem, na którym działacie, jest Piotrków Trybunalski. Więcej klientów? Inny rynek? Bliskość Łodzi i Warszawy?
Mówiąc o Piotrkowie Trybunalskim, mam tak naprawdę na myśli Warszawę, bowiem 99% naszych klientów pochodzi właśnie ze stolicy. Suma, którą trzeba wydać na kurs czy na skok w tandemie dla bardziej zamożnych klientów z Warszawy nie stanowi problemu. Więcej tam też dużych firm. Wierzę, że w Zielonej Górze też czekają nas prawdziwe skoki. Im szybciej, tym lepiej.
Ruch w interesie trwa cały czas? Oczywiście uwzględniając sezonowość…
Pomijając sezon zimowy, od kwietnia do października skaczemy w każdy weekend. Pomiędzy weekendami też. Gdyby sezon trwał cały rok, byłaby po prostu rewelacja. Nie miałbym depresji zimowej, bo skakałbym cały czas. (śmiech) Teraz, wraz z moim wspólnikiem Sebastianem Dratwą, zimą szukamy alternatyw dla naszego klimatu i skaczemy tam, gdzie jest cieplej. Idealnym miejscem jest południe Chorwacji, Hiszpania, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, gdzie np. w Arizonie czy na Florydzie są idealne warunki do skoków przez cały rok. Jeździmy z polskimi klientami, którzy nie chcą tracić czasu zimą i wykorzystują każdą okazję, żeby się podszkolić.
A jakieś plany, jeśli chodzi o firmę, na najbliższy czas?
Nasza branża jest nietypowa. Myślę, że rynek usług tego rodzaju będzie się rozszerzać. Od chwili, kiedy nasza firma powstała, do dziś widzimy wyraźny postęp. Głównym kanałem promocji firmy jest Internet. Nie stać nas na to, żeby inwestować w inne formy reklamy, ale też ta doskonale się sprawdza. Śmiejemy się, że mamy 70% skuteczności, bo 70% osób, które z nami skoczyły, albo wracają same, albo z rodziną czy znajomymi… Niektórzy zapisują się na kurs spadochronowy. Zdarzają się i tacy, którzy kupują skok komuś jako prezent… Dobra opinia jest najlepszą z możliwych reklam. Niezależnie od branży.
Jak kształtują się ceny?
Skok w tandemie kosztuje 600 zł. Ta cena obejmuje wszystko, co jest potrzebne, żeby wykonać skok: czarter samolotu, przeszkolenie, kombinezon, okularki, pilotki. Generalnie wszystko poza nagraniem skoku.
Nagraniem przez skaczącego kamerzystę?
Dokładnie. Jeśli ktoś sobie życzy nagrać swój skok, skacze z nami dodatkowa osoba – kamerzysta. Trzeba się wtedy liczyć z dodatkowym wydatkiem rzędu 200 zł. Takie są ceny skoków. Jeśli natomiast chodzi o kurs spadochronowy, to szkolimy metodą AFF, czyli accelerated freefall, którą tłumaczymy jako przyspieszoną naukę asekurowanego wolnego spadania. Jest to bardzo nowoczesna metoda szkolenia. Efekty nauki przychodzą tu o wiele szybciej, niż w przypadku kursów prowadzonych tradycyjną metoda na linę. Od razu mamy latające skrzydło, skaczemy z 4 tysięcy metrów. Koszt takiego szkolenia waha się między 3500, a 4000 złotych. Płatność w ratach, bo płaci się za poszczególne skoki.
Czy biznes przyniósł Ci jakiś problem?
Może cię rozczaruję, ale nie. Bezproblemowy biznes.
A co się stanie, kiedy wylecę z tobą na 4 tysiące metrów i stwierdzę, że jednak nie skaczę?
Najpierw spróbujemy rozmawiać...
Oj!
A tak na poważnie: jeśli instruktor obserwuje uważnie swojego pasażera, jest wystarczająco czujny, nie przeoczy momentu, w którym należy rozwiać wątpliwości, uspokoić. Przeważnie udaje się skierować uwagę pasażera w kierunku zabawy i radości, które daje skok.
Miałem kiedyś taką Anię, która przy drzwiach stwierdziła, że nie skacze. Drobne dziewczę, ale zaparła się w drzwiach i stwierdziła, że nie skacze i koniec. Widziałem, że to chwilowy stres. Powiedziałem „ok, nie skaczemy”. Odwróciliśmy się tyłem do drzwi i skoczyliśmy praktycznie na plecy. Pięć sekund później, kiedy kamerzysta podleciał do nas, miała uśmiech od ucha do ucha.
Zdarzyło ci się, żeby ktoś wymiękł?
Nie.
Nigdy?
Nigdy.
Z Bartkiem „Dragonem Staśkiewiczem”,
współwłaścicielem szkoły spadochronowej aff.com.pl,
rozmawia Joanna Turakiewicz













Komentarze